Google+ Followers

O mnie

Moje zdjęcie
Białystok, Podlaskie, Poland
Oficjalnie: Fotografia jest moją własną wizją świata, niekoniecznie niepowtarzalną :) Świata, w którym żyjemy. Kocham OBRAZ, a pamięć jet przecież ulotna. Znajdziecie tu pomysły zarówno moje jak i osób, które spotkacie na fotografiach; a także (nie)zwykłe chwile, po prostu zatrzymane, gdzieś, kiedyś... www.klepacki.pl | zdjęcia ślubne Białystok | fotograf Białystok

poniedziałek, 11 listopada 2013

Moja Polska Najpolska

Wracający po 1989r. na pomniki wąsaty wiarus, przed którym (mając w pamięci jemu podobnych) składamy kwiaty każdego 11 listopada, w Święto Niepodległości, za którym tęskniono przez pół wieku komunistycznej niewoli… kim jest dla nas dzisiaj? Choć nie żyje od niemal wieku to wciąż się zmienia.


Osobiście nie mam najmniejszych wątpliwości, że Józef Piłsudski za cel najważniejszy stawiał sobie Polskę wolną, silną, niepodległą. Nie wyrwał też sobie z tej Polski tyle sukna ile by się dało, co dzisiaj wśród naszych elit wydaje się być rzeczą tak normalną, że aż konieczną. Stworzył też Piłsudski część zalążków przyszłej kadry polskiej armii, zdając sobie sprawę, że bez takowej żadne państwo istnieć nie może. Poprowadził też tą armię, by niemal tylko własnymi rękoma wydźwignęła Polskę na niepodległość.
Rzecz oczywista, że działania militarne to nie wszystko i równie istotne były działania polityków drążących temat naszej niepodległości – o tym zapomnieć również nie można, choć nigdy nie będzie to tak spektakularne i równie ofiarne jak poświęcenie i przelana krew żołnierzy walczących o Polskę; i znów pamiętajmy – nie tylko Polaków. Trudno też się dziwić szacunkowi, jakim był darzony mundur do momentu zakończenia II wojny światowej i splamienia go przez prosowiecki aparat bezpieczeństwa. Przez wieki opieraliśmy się na militarnej sile i dzięki wiktoriom mogliśmy swobodnie kształtować politykę. Wojaczka była (i chyba jest nadal) czymś naturalnym, niejako wyssanym z mlekiem matki. Polityka (szczególnie dyplomacja) raczej zajęciem dla tych niezdolnych do trzymania szabli; polityka to raczej coś obrzydliwego – trudno i dzisiaj się oprzeć temu wrażeniu patrząc na naszych rodzimych błaznów.
Nie bylibyśmy chyba Polakami, gdybyśmy dali choć cień szansy tym, którzy budując Rzeczpospolitą (jakiegokolwiek byśmy jej numeru nie nadali) ośmielili się stanąć w innym niż nasz obozie. Bo przecież to niemożliwe, żeby mając inny program, inne założenia i jeszcze inny światopogląd, dążyć do tego samego: pracy dla dobra Ojczyzny; nieważne, piórem czy szablą. Musimy wybierać. Lubisz Mickiewicza, to powinieneś się brzydzić Słowackim czy Norwidem. Podziwiasz Pułaskiego, to wiesz, że Kościuszko był zaledwie kochankiem carycy. Czytasz Baczyńskiego – Gajcy był marnym poetą. Jeśli Żółkiewki był świetnym strategiem, to Chodkiewicz mu do pięt nie sięgał. Lubisz obrazy Kossaka – od patrzenia na Gierymskiego stracisz wzrok. I tak w nieskończoność.
Jakie więc zarzuty postawią Marszałkowi zwolennicy Dmowskiego? A to że kobieciarz, że miał ciągotki proniemieckie, że w przededniu bitwy warszawskiej do kochanki pojechał albo że się niecenzuralnymi słowami do parlamentarzystów odezwał. No i przewrót majowy rzecz jasna – ale to już wśród zarzutów poważnych mógłby się znaleźć.
Co o endekach? A że wodza zdrajcą nazwali, że antysemici, że Kresów nie chcieli, że w końcu doprowadzili pośrednio do zabójstwa prezydenta Narutowicza… I tak się w kółko przerzucamy wyliczając błąd za błędem, jakby żadnych zasług nie było. O tyleż to niesamowite, że w końcu tyle lat po wydarzeniach i w zupełnym zapomnieniu, że jednak obaj przyczynili się do tego, co najważniejsze: do odzyskania Niepodległości i podjęcia próby zbudowania państwa silnego. Posiadali też to, co było do osiągnięcia celu jednym z najistotniejszych elementów: świadomy i patriotyczny naród, ukształtowany w swym nieodzownym dążeniu do samostanowienia. Że się nie udało… to już temat do osobnych rozważań bo prawdopodobnie nikt z naszych polityków czy generałów do klęski września się nie przyczynił.

11 listopada z każdym rokiem więcej wspólnego ma z polskim zaprzaństwem niż świętem narodowym. W przededniu zorganizowano marsz antyfaszystowski w rocznicę „nocy kryształowej”; i nikomu nie przeszkadzało, nikogo nie zastanowiło że przeciw niemieckim wydarzeniom antysemickim protestowano w Polsce J Za to jutro będzie można swobodniej pluć na tych, którzy przyjdą na uroczystości narodowo-patriotyczne nazywając ich faszystami czy narodowcami i nikt nie wyjaśni, dlaczego to słowu „narodowiec” próbuje się nadać negatywny wydźwięk. Czyż Polak nie powinien być narodowcem? Bez względu na kolor skóry J
Nasze „elity” znów się podzielą i rozedrą święto na mniejsze, skłócone kawałeczki udowadniając, że tylko „my” jesteśmy tego święta godni i tylko „nam” się należy chwała Rzeczypospolitej, dorzucając do tego zdarzenia zupełnie od tematu oderwane epizody, jednak mogące utwierdzić wielbicieli danej partii w tym, gdzie stoi ZOMO. Kolejny lewacki polityk lub przećpany i niezbyt bystry (może jeszcze nawet w halołinowym przebraniu) młodzian oznajmi w mediach głównego nurtu, że już ma dość martyrologicznego podejścia do tego święta… jak byśmy niepodległość wygrali na loterii. Spacerujący po ulicy dziennikarz znajdzie matołka, który na pytanie „z czym ci się kojarzy 11 listopada?” odpowie z rozbrajającą szczerością: „z powstaniem styczniowym” ale znów nie będzie nikogo, kto spyta: czego dziś uczą na lekcjach historii? A jeśli nawet ktoś takie pytanie postawi to otrzyma odpowiedź, że historia dziś w szkołach (i życiu) jest niemodna. Teraz uświadamiamy dzieci, że mogą sobie zmienić płeć kiedy tylko zechcą a rodzice powinni otrzymać numerki, a najlepiej o rodzinie nie wspominać bo rodzina to przeżytek a każde wynaturzenie jest do zaakceptowania – jeśli tego nie rozumiesz, to jesteś nietolerancyjnym homofobem, narodowcem i faszystą.
Cieszyć się – jak najbardziej bo jest z czego. Pamiętać - tym bardziej bo jest o kim. Żadna z prób odzyskania niepodległości nie była spacerkiem czy wynikiem radosnej demonstracji ale między innymi dzięki właśnie powstaniom i ofiarom (i korzystnym zbiegom w sytuacji geopolitycznej) mogliśmy w 1918r. zacząć skutecznie odzyskiwać własny kraj. Inaczej mówilibyśmy dziś zapewne o kolejnym nieudanym powstaniu – nazywając je może październikowym, może listopadowym.

Bądźmy więc tego dnia dumni i nie pozwólmy sobie wmówić, że każda tragedia jaka Polaków spotkała wynika tylko i wyłącznie z ich winy bo tak nie jest. Czasem w dziejach narodów zdarzają się chwile, które wpychają je w otchłań smutku i cierpienia ale siła tych narodów, wynikająca z wychowania w wartościach ponadczasowych, pozwala im się w końcu wybić do światła. Tego jednego dnia spróbujmy znaleźć wspólne cele zamiast wykazywać, jaki nieporadny jest nasz polityczny przeciwnik – może jutro tych celów będzie więcej. Nie każdego dnia będzie umierał wielki papież-Polak, więc trzeba dać z siebie więcej niż jeden dzień udawanej rozpaczy i zakłamanego zjednoczenia, z którego i tak nic nie zostanie po kilku tygodniach.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Hama Katoomba 190RL

 Postanowiłem niedawno zmienić swego slingshota (Lowepro 200AW) na nieco większy. No dobra, sporo większy. Największy jaki może być :) i koniecznie typu "sling". Znudzony niezawodnością i wielością produktów firmy Lowepro, spoczywających niemal w każdym kącie mieszkania, postanowiłem spróbować czegoś nowego. Może też trochę dlatego, że nigdzie w moim mieście nie mogłem na żywo obejrzeć 300AW :] Po kilku godzinach przerzucania stron internetowych trafiłem na coś takiego (jak na zdjęciach), czyli plecak firmy Hama, model Katoomba 190RL - czyli dla lewo i praworęcznych :)

Pierwsze wrażenie: faktycznie duży! Kilka minut z ustawieniem przegródek pod siebie - wygodny. Bez całkowitego rozpinania kieszeni można sobie wszystko tak ułożyć, żeby mieć dostęp niemal do każdego zakamarka bez ściągania plecaka z ramienia. Jak się okazało "w akcji", plecak bardzo wygodny mimo gabarytów i spełnia swoją rolę tak jak to slingi mają w zwyczaju.
Żeby się nie rozpisywać, przejdźmy do wymienienia tzw. plusów dodatnich i plusów ujemnych :)

Plusy:
- duży, pojemny, wygodny;
- możliwość mocowania na jednym i drugim ramieniu po przełożeniu pasa głównego (widziałem też możliwość mocowania na obu ramionach w formie zwykłego plecaka, jednak potrzebny jest drugi pas - w zestawie go nie znajdziecie);
- możliwość swobodnego rozmieszczania ścianek (nie ma wyznaczonych stref na rzepy, można czepiać po całym wnętrzu - do woli);
- pokrowiec od deszczu (kieszeń z pionowym zapięciem na pierwszym zdjęciu, od drugiej strony kieszeń na np. butelkę);
- sporo kieszonek; oprócz głównej komory gdzie są kieszonki na karty, szmatki itp. mamy do dyspozycji kieszeń nad tą komorą (rozpinana za pomocą tasiemki pomiędzy dwiema czerwonymi gumkami - niezbyt szczęśliwe rozwiązanie) oraz na tej samej wysokości, większą kieszeń otwieraną od strony pleców.
- cena - duży plus w porównaniu z konkurencją.


Minusy:
- mocowanie rzepów do ścianek jest potwornie słabe; wyjmiesz jedną rzecz, robi się luz i ciężar kolejnej  rzeczy przesuwa ścianki przy byle ruchu;
- górna kieszeń otwierana od strony pleców ma niestety zamek działający TYLKO w jedną stronę, więc trzeba uważać przy jej otwieraniu "w akcji" bo sporo rzeczy może się znaleźć na podłodze (trochę nieprzemyślane skoro model jest L/R. 

Suma sumarum, całkiem fajny plecak w przystępnej cenie. Z jego drobnymi niedociągnięciami można żyć. Czy bym go polecił? myślę, że z czystym sumieniem powiem: TAK.

środa, 7 sierpnia 2013

Anna i Łukasz - zdjęcia ślubne :)

Kilka zdjątek ze ślubu oraz dość owocnego (jak sądzę) i może trochę zaskakującego wynikiem pleneru ślubnego :) Zobaczcie sami!
Serdecznie pozdrawiam i wszystkiego najlepszego :)
























poniedziałek, 15 lipca 2013

Justyny i Marka zdjęć ślubnych z biegu kilka :)

To jeden z tych plenerów, które trzeba zrealizować "w biegu", nie mając do wyboru pogody, kiedy ciągle masz w głowie: czas, czas, czas!!! :) Na szczęście Młodzi poświęcili więcej czasu niż pierwotnie zakładaliśmy a mimo wszystko goście weselni nie dokonali na mnie linczu :)
Dużo szczęścia !!!














czwartek, 4 lipca 2013

selektywna zbiórka śmieci - po polsku

Od jakiegoś czasu staliśmy się "szczęśliwymi" realizatorami przepisów o segregacji śmieci. Zmiany, które zapewne od razu zauważyliśmy, to wzrost cen wywozu rzeczonych śmieci. Natomiast druga zmiana, o której równie często przejść obojętnie, to pojemniki na segregację owych odpadów:

Nie przyszło mi do głowy, żeby uwiecznić podobny widok, kiedy moje osiedle obsługiwało MPO, a nie jakieś półpopierdułkowate "Czyściochy" najwyraźniej pozbawione zaplecza logistycznego. Fakt jest jednak taki, że pod moim blokiem stały trzy duże kontenery zamiast dwóch małych, a z drugiej strony jeden duży z sześcioma wrzutami i kolorowe plastiki na odpady.
W skrzynce na listy znalazłem dziś natomiast ulotkę firmowaną przez www.odpady.bialystok.pl uświadamiającą mnie, co i do jakiego kontenera należy wrzucać.
Ot, Polska - płacisz więcej, masz mniej... kraina absurdów.
Niesamowite jak taki gówniany problem może ciśnienie człowiekowi podnieść :)

wtorek, 18 czerwca 2013

nasze (ich) matki, nasi (ich) ojcowie

Po wczorajszej premierze niemieckiego miniserialu musiałem się przespać aby przewartościować swoje podejście do tematu II wojny światowej, zmienione przez nowe, odkrywcze fakty ukazane przez polską telewizję publiczną za pomocą tytułowego filmu.
Pierwsze zdziwienie: Berlin 1941r. i grupa młodych Niemców, w składzie której znajdziemy m.in. oficera Wermachtu z młodszym (też żołnierzem) bratem, młodego Żyda oraz dwie pannice, które wkrótce poświęcą swą niewinność dla ratowania ludzi - ot, zapewne zwyczajny przekrój ówczesnego społeczeństwa niemieckiego. Oczywiście ci młodzi ludzie mają przed sobą świetlaną przyszłość, którą wkrótce odbierze im wojna. Wojna, która (jak wynika z treści filmu) zaczęła się w 1941r. Nie dowiemy się rzecz jasna, który z dwóch sojuszników stał się sprawcą jej rozpętania, niemniej jednak znajdziemy informację, iż Niemcy się w tej wojnie bronią a czasoprzestrzeń jest limitowana datami (od 1941r.) i odległością (kilometrami do Moskwy) - pomiędzy Berlinem a Moskwą nie ma nic. Rycerski Wermacht traktuje miejscową (rosyjską) ludność z należytym szacunkiem i nawet płaci konserwami za wypranie mundurów, a niektórzy po wojnie zamierzają się tam osiedlić i znaleźć sobie żony. Nawet w ferworze walki wręcz stara się brać jeńców a politruka oficer likwiduje osobiście (nie to że bez mrugnięcia okiem - wyraźnie widać, jak walczy ze sobą), żeby nie obarczać tym szeregowych żołnierzy. Sprawcą mordów na miejscowych Żydach jest rzecz jasna ukraińska milicja i JEDEN wynaturzeniec z SS (zapewne pod koniec filmu dowiemy się, iż nie był on prawdziwym Niemcem). W obronie dziewczynki szlachetni żołnierze Wermachtu o mały włos nie zabijają jednego z Ukraińców. W pewnym momencie myślałem, że główny bohater za chwilę będzie się starał o jej adopcję. Pierwszy odcinek kończy piękny głos śpiewający w niezbyt miłym dla naszego ucha języku tęskną piosenkę, która wróży, iż następne dwa odcinki będą dla czystych serc naszych bohaterów prawdziwą udręką. 
 Z niecierpliwością czekam więc na dzisiejszą, kolejną dawkę prawdziwej historii i jestem wdzięczny włodarzom telewizji publicznej, że dzięki nim prawdopodobnie wreszcie do mnie dotrze, że to Polacy rozpętali II apokalipsę i do dziś ponoszą za to słuszną karę. Z niecierpliwością czekam na dokumentalne filmy ekip Goebellsa i jego sowieckiego odpowiednika. Sięgajmy do źródeł, prawda nas wyzwoli !!!

19.06.2013r.
Odcinek drugi obnażył prawdę o Armii Krajowej: bez mrugnięcia okiem wabiła Żydów w pułapki i wydawała ich Niemcom (tym złym, których było tylko kilku i tak naprawdę nie wiadomo, czy byli to czystej krwi Niemcy), zbierając za to nagrody. Śmiem przypuszczać, że AK była organizacją ściśle współpracującą z Nazistami. Prawdopodobnie po dzisiejszym odcinku, w rozmowie ekspertów dowiemy się, że tak musiało być, skoro polskije władze rozstrzeliwały żołnierzy podziemia niepodległościowego w chwilę po tym, jak ich sowieccy mocodawcy przyznali im stołki.
Z jeszcze większą niż poprzednio niecierpliwością czekam na trzeci odcinek, w którym, jak przypuszczam, rycerscy żołnierze Wermachtu, choć zmęczeni wojną, będą na rękach wynosić polskie dzieci z budynków płonącej Warszawy.
Oczywiście wciąż w mym sercu tkwi smutek na wspomnienie aryjskich wojowników odczuwających tak wielkie obrzydzenie do wojny. Swoja drogą, obrzydzenie to i zmęczenie ujawniły się dopiero w trakcie odwrotu, co zapewne reżyserowi umknęło :)

Trzeci odcinek jednoznacznie przekonał mnie, że najbardziej pokrzywdzeni w tej wojnie byli... Niemcy.
Tyle o filmie...

Całe szczęście, że są jeszcze tacy ludzie jak Szewach Weiss i że TVP zdobyła się na ciekawą debatę (choć poprzedzoną tysiącem reklam), która jasno określiła co nas, Polaków w tym filmie razi i jakie niesie ze sobą przesłanie. Co mnie jeszcze mocno niepokoi to komentarze internetowych idiotów-ignorantów w stylu "Niemcy byli źli i Polacy byli źli, wojna we wszystkich wyzwala zło". Jeśli ktoś po wysłuchaniu dyskusji dalej nie rozumie, co niesie ze sobą ten film i co wyraża, to jest skończonym debilem.
Najwyraźniej Niemcy w dużym stopniu są zadowoleni z tworzenia alternatywnej historii i nawet bohaterska Armia Czerwona w ich oczach wygląda dość przyjaźnie (pojedynczy przypadek próby gwałtu na niemieckiej pielęgniarce zostaje zdławiony w zarodku). Czekać tylko, aż pokolenie naszych zachodnich sąsiadów wychowane na tym filmie zacznie wywieszać swastyki w Szczecinie i Wrocławiu... Historia kołem się toczy.

piątek, 12 kwietnia 2013

słowoTFUrstwo i polska Borussia

Wpadło mi w oko i ucho ostatnimi czasy słów kilka, nad których znaczeniem zastanowiłem się głębiej i tak sobie wykoncypowałem, co mogą znaczyć (zapis fonetyczny):

- szoping - czochranie bobra, głaskanie szopa, zapewne jakaś nowa misja "zielonych";
- golkiper - osoba organoleptycznie sprawdzająca materiał stosowany przy produkcji bramek piłkarskich; skądinąd zawód ten musiał być dość nieprzyjemny w czasach nieheblowanych konstrukcji drewnianych.
- sensualny - osoba uprawiająca seks z jakąś myślą przewodnią, z celem, w końcu: z sensem; zapewne nie ma tu mowy o zwykłym dupczeniu, pieprzeniu, bzykaniu itp. fakingowaniu.

Oczywiście wciąż pełno jest kołczów, timów, kornerów, hengałtów, niektórzy wciąż mają niezły fan, uprawiają slołfuting lub inne chuj wie co.
O ile chodzi o dziwne słówka używane podczas transmisji naszej (nie)dzielnej reprezentacji piłkarskiej, tudzież rozgrywek ligowych, domyślam się, że chodzi o nadanie kolorytu tym gównianym widowiskom i wprowadzenie "wielkiego świata" do naszej codzienności i chociaż w ten sposób podniesienia rangi tego, co nam serwują nasi "piłkarze". Chyba, że jesteśmy narodem debili i nie potrafimy znaleźć lub użyć odpowiedników słów zagranicznych w naszej własnej mowie. 
Skądinąd zastanowiło mnie, że po ostatnim zwycięstwie Borussi nad Malagą jeden z naszych komentatorów powiedział, że osiągnęliśmy niezwykły sukces i że on sam utożsamia się z klubem z Dortmundu. Pomyślałem sobie: qrwa, to już jest tak źle, że jak swojemu kibicujemy klubowi z Niemiec tylko dlatego, że gra tam trzech Polaków ?! którzy w dodatku, tak jak pozostali kadrowicze, kładą lachę na reprezentację... Ostatni sukces piłkarski, z którym się utożsamiałem na żywo, nastąpił kiedy Wisła Kraków zlała na wyjeździe Schalke - pamięta ktoś, kiedy to było? :) Ale widać czasy teraz takie, że niedługo będziemy kibicować zagranicznym klubom w Lidze Mistrzów, byle by tylko ich zawodnicy podcierali sobie dupy papierem wyprodukowanym w Polsce.

Być może, jak pisał Kaczmarski, "(...) najlepszych z nas wybili, a reszcie mało trzeba (...)"

Wiosna chyba przyszła :)

wtorek, 12 marca 2013

Otterbox Defender - Samsung Galaxy Note 2


Chwilę po tym, jak stałem się szczęśliwym posiadaczem Note 2 i z każdą chwilą użytkowania dochodziłem do wniosku, że jest to urządzenie w sam raz dla mnie (wreszcie dotykowiec z dość dużym wyświetlaczem aby żadne zdanie nie tonęło we mgle przed moim sokolim wzrokiem :) ) i szybko się go nie pozbędę - przeto należy go solidnie zabezpieczyć nie czyniąc jednocześnie trudniejszym w obsłudze. Po dłuższym czasie spędzonym na przeglądaniu ebay'owych ofert doszedłem do wniosku, że wszelkie etui typu "portfel" będą nieporęczne po rozłożeniu. Wybór zawęziłem więc do "opakowań" umożliwiających korzystanie z urządzenia bez wyciągania go ze skarpet i innych temu podobnych pokrowców.
Padło więc na etui firmy Otterbox z serii Defender (na zdjęciach w kolorystyce glacier - nie polecam, wersja knight lub black powinna prezentować się lepiej - sam zamawiałem korzystając z dziwnego monitora :) ) , która ma wg producenta zabezpieczać przed pyłami i wstrząsami a jako, że kosztuje niemało, postanowiłem słów kilka napisać.
Generalnie Note'a zamykamy w białym pudełeczku, które ma wbudowany ekran ochronny. Na to zaciągamy szarą, silikonową "skórę" i tak zabezpieczony sprzęt możemy przypiąć do czarnego uchwytu, który ma obrotowy klips do mocowania na pasek - jak to się nosi, jeszcze nie miałem odwagi sprawdzić.


Zalety opakowania (wg moich subiektywnych odczuć i potrzeb):
- zwiększa wygodę trzymania telefonu,
- silikon sprawia też, że telefon nie ślizga się na gładkich powierzchniach,
- zabezpiecza ekran, gniazdo jack i micro usb, 
- umożliwia jednocześnie stały dostęp do rysika i przycisków funkcyjnych,
- ponoć chroni przed uderzeniami (plastikowa obudowa wydaje się być solidna, do tego warstwa silikonu) ale nie dane mi było sprawdzić osobiście,
- ślady paluchów zostają na ekranie ochronnym - przydatne przy spożywaniu np pizzy :)
- solidnie trzyma się w uchwycie na pasek.

Wady:
- z pewnością nie chroni przed kurzem (nie wiedzieć czemu producent zdecydował się na pozostawienie otworu w osłonie ekranu w miejscu przycisku fizycznego (środek, pod ekranem) a jako, że ekran ochronny nie przylega szczelnie do ekranu Note'a, dostaje się tam mnóstwo paprochów i pyłków - szczególnie jeśli zapakujemy to do kieszeni  np. polarowej bluzy),
- wspomniana przestrzeń między ekranem ochronnym a ekranem telefonu (może ok. 0,5 mm) przez niektórych uznawana jest za wadę i może przeszkadzać więc warto o tym wspomnieć - mi nie przeszkadza :)
- napis tłoczony na wewnętrznej części pudełka ochronnego, częściowo przeniósł się na obudowę telefonu (jak przypuszczam pod wpływem ciepła i lekko nie schodzi) co jest irytujące bo przecież nie po to nabyłem pudełeczko ochronne, żeby zdrapywać z telefonu logo producenta owego ochraniacza.
- brakuje przesuwanej klapki do ochrony obiektywu (w końcu w porządnym defenderze mogli coś takiego wmontować :)

Reasumując: na razie jestem zadowolony, Defender daje pewny chwyt i sprawia, że telefon nie ślizga się. Jednak przed zakupem tego proponowałbym spróbować silikonowych nakładek z naklejaną bezpośrednio na ekran folią ochronną - dużo tańsze a mogą okazać się wystarczające. Jeśli się natomiast nie sprawdzą - strata niewielka.